O tym, jak uderzenie w palec mało mnie nie zabiło

Łubudu, czyli po trochu o tym, że uderzenie w palec mało mnie nie zabiło

Ostatnio omawialiśmy sobie, jak fotografować w pełnym słońcu, a dziś trochę prywaty. Tak dla odmiany, a co!

Ci z Was, którzy obserwują sztukoretuszowy fanpage na Facebooku, mogą wiedzieć, że dopadła mnie choroba. Dlatego też w poniedziałek na kanale nie pojawił się nowy film. Ale nie wiecie, że w ten poniedziałek mało nie straciłam życia – oczywiście jeśli tylko uzmysłowimy sobie, że pod wpływem takiego uderzenia to mógł mi odpaść palec i mogłam się wykrwawić. Rozumiecie: tak umrzeć na śmierć. Na miejscu. Czy coś.

No to od początku.

Najpierw straciłam głos. Było fajnie, ale nikt mnie nie rozumiał. Przez moment cieszyłam się, że na pewnym etapie swojego życia uczyłam się migowego, ale potem okazało się, że na niewiele się to zda, bo nikt z mojego otoczenia się go nie uczył. Także tego. W dodatku jeszcze chętniej zadawano mi ogrom pytań, głównie tych z gatunku: „Jak się czujesz?” i „Co byś zjadła?”, co jest bardzo miłe, o ile człowiek jest w stanie odpowiedzieć. W przeciwnym wypadku dostaje się do jedzenia kaszkę. O.

Dzień drugi upłynął pod znakiem nadchodzącej kariery w Hollywood. To jest: całą dobę czatowałam na telefon od George’a Lucasa, bo jasnym było, że mój głos stanowił wprost idealny materiał do dubbingowania Lorda Vadera, na wypadek, gdyby wspomnianemu popsuł się syntezator.

George Lucas nie zadzwonił.

 


Trzeciego dnia dochodziłam do siebie.
 Czyli nudy.

Za to w noc z trzeciego na czwarty dzień było już weselej, bo pierdalnęłam się w mały palec u stopy tak mocno, że aż gruchnęło mi w mózgu. Jakiś czas bałam się, że jeśli zdejmę skarpetkę, to palec mi odpadnie, a że było wpół do czwartej rano i wszystkie sklepy modelarskie były zamknięte, więc nie było też szansy na zdobycie superglue.

Z bólu aż się śmiałam. Przeszło mi też przez myśl, że to nie jest normalna reakcja, ale kto by się przejmował, gdy palec chce ci wybuchnąć.

Na szczęście okazało się, że te czerwone plamy na skarpetce to nie jest krew, tylko wzór na tejże skarpetce (że też nie zauważyłam tego wcześniej! przecież to moje najlepsze skarpety w koty!), ale palec był czerwony i cała stopa bolała. Bardzo. I z każdą minutą było gorzej, a jakby tego mało miałam wrażenie, że tracę czucie w palcu – czyli wiadomo, zamierzał odpaść.

Szukałam w Internecie, co robić w przypadku stłuczeń (bo sobie wymyśliłam, że to stłuczenie), ale dowiedziałam się jedynie, że pomóc mi może albo zimny kompres albo okłady z psich odchodów, więc przed przystąpieniem do smarowania się czymś dziwnym, postanowiłam zapytać znajomych na Facebooku. 

Rozumiecie, wpół do czwartej rano to jednak pewna przeszkoda, choć sporo moich znajomych o tej porze jednak miga mi na zielono na FB.

Tym razem nie migał nikt.

Gdyby nie ta godzina, to pewnie obudziłabym swoją matkę i zapytała, co robić (wiadomo, matki wiedzą wszystko) i nie musiałabym pytać na fejsie, co się robi, gdy pod wpływem uderzenia w kanapę palec wywinie się na lewą stronę.

No ale jednak ta godzina. 

Wpół do czwartej.

Za kwadrans czwarta.

Czwarta.

Pomyślałam, że może jednak przetrzymam do rana. Potem ruszyłam uszkodzonym palcem i skończyło się chojrakowanie. 

W ramach poszukiwania w lodówce czegoś, co będzie stanowiło dobry okład, znalazłam jogurt. Zjadłam go. Jogurt nie powinien się marnować tylko dlatego, że do rana mogę umrzeć.

Znalazłam też butelkę smoothie, którego data ważności opiewała na zeszły miesiąc. Do spożycia się nie nadawało, ale jako okład było świetne.

O piątej stwierdziłam, że pora iść spać, więc – oczywiście – zaległam pod kocem z książką. O ósmej rano skończyłam i sięgnęłam po drugą, no bo w końcu nie można tak nagle książek odstawiać… (Swoją drogą, „Opowieść podręcznej” jest mocno przereklamowana – to tak, jakby ktoś był ciekawy, co skończyłam czytać.)

Dalej już bez szaleństw – dużo jęczenia, kuśtykania i sprawdzania, czy aby palec już nie odpadł.

Uprzedzę pytania: nie odpadł. Jeszcze. Ale wiele mu nie brakuje, zapewniam. 

 

Wnioski wyciągnięte z tej lekcji:

– przeterminowane smoothie stanowi świetny zimny okład, 

– nieważne, ile masz lat, w razie nieszczęścia w pierwszym odruchu zawsze dzwonisz do mamy,

– wszystkie najgorsze wypadki zdarzają się wtedy, gdy Twoja mama akurat śpi (albo jest na zakupach i nie odbiera telefonu), 

– medyczne rady z Internetu są równie wartościowe jak porady „ekspertów” z magazynu Bravo. 

***

Choroba trzyma mnie nadal, ale na kanale w poniedziałek powinien pojawić się już nowy film. Nie obiecuję, że będę na nim wyglądać i wyrażać się jak człowiek, ale hej! to zawsze coś! A jeśli dotąd nie zawitaliście na sztukoretuszowy kanał na YouTube, to serdecznie Was tam zapraszam. Bywa zabawnie. No i jest Pan Kot. 

Tak czy inaczej: mam nadzieję, że Wam ostatnie dni minęły przyjemniej niż mnie… A może już urlopujecie? Wylegujecie się gdzieś nad jeziorem albo na złotych piaskach gdzieś w ciepłych krajach? Albo właśnie pakujecie walizkę? Koniecznie dajcie znać! Chociaż mentalnie będę z Wami wakacjować 😉 

Jesteśmy też

Sztuka Retuszu

Uczymy retuszu, bo Photoshop jest fajny. Razem z Panem Kotem robimy też jutiuby, przy czym Pan Kot mniej, bo on głównie śpi.

Tutoriale z Photoshopa znajdziecie o, tu: www.youtube.com/sztukaretuszu
Jesteśmy też